- października 28, 2015
- 2 komentarzy
W poprzednim poście (klik) mówiłam o Instagramie jako dobrym źródle inspiracji, a jeszcze wcześniej (klik) wspominałam o Shape Magazine, w którym można znaleźć dużo rozpisanych jogowych sekwencji i filmiki instruktażowe. Dzisiaj pora na zakończenie tej miniserii i opisanie pozostałych źródeł, z którym korzystam i które uważam za wartościowe. Wszystkie, oprócz Jogi-abc, są w języku angielskim. Wszystkie też poruszają mniej więcej podobną tematykę, tylko każdy na swój sposób. Wszystkie opisują sekwencje, przybliżają jogiczne zagadnienia, zasady, tradycyjne teksty, piszą o bieżących wydarzeniach, omawiają problemy zdrowotne, radzą, piszą lifestylowo, publikują wegańskie przepisy i tak dalej.
DoYouYoga (klik)
Bardzo przyjazny portal, ma raczej krótkie artykuły o wszystkim. Pisane przez joginów i joginki dla innych, nawet ja się załapałam na dwa teksty. Często pojawiają się teksty omawiające jakieś zagadnienia dotyczące stylu życia, tłumaczące jakieś zagadnienia (dotyczące czy to jogowych zasad, czy to medytacji, czy na przykład radzenia sobie ze stresem albo innymi codziennymi sytuacjami), częstym elementem są też zbiory pozycji (już ułożone w sekwencje albo z których można sobie coś poskładać) dotyczących jakiegoś problemu, np. pozycje dla biegaczy czy podstawowe wygięcia w tył. Ładnie opisane, opatrzone zdjęciami. Można znaleźć też trochę filmików z gotowymi sekwencjami (np. na kwadrans), niektóre są darmowe, niektóre nie. DYY jest najbardziej zbliżone do jogowego portalu społecznościowego, możemy znaleźć też anegdotki, śmieszne filmiki etc.
Yoga International (klik)
Ma bardzo poważne podejście i z tego, co mi wiadomo, ograniczony dostęp dla niezarejestrowanego użytkownika. Ale artykuły, najczęściej opracowania jakichś jogowych zasad, pozycji (ale tez np. opis technik oddechu) lub problemów zdrowotnych (np. sposoby radzenia sobie z haluksami! - klik), są długie i rzetelne, bardzo dużo można się dowiedzieć. I możemy mieć pewność, że czytamy coś, co ma jakieś potwierdzenie, a nie jest wyssane z palca, bo dla YI piszą sprawdzeni autorzy, najczęściej różnego rodzaju nauczyciele.
Yoga Journal (klik)
Podobne do DYY, przynajmniej w moim odczuciu. Najbardziej lubię opracowania sekwencji pozycji i jogowych technik w ogóle. Portal jest podzielony na sekcje, w tym istnieje także sekcja dla totalnych laików, wstępy i poradniki dla tych, którzy chcą zacząć albo już zaczęli i szukają więcej. Wszystko opatrzone zdjęciami i dobrymi opisami.
Sonima (klik)
Przede wszystkim wygląda szalenie estetycznie. Co nie ma absolutnie nic wspólnego z treścią, ale strasznie mi się podoba i już. Ma dobre, długie artykuły pełne informacji. Szczególnie dużo informacji można znaleźć o medytacji (również filmiki i guided meditations). Poruszają też zagadnienia o wschodnich religiach (np. ostatnio czytałam świetny artykuł o tybetańskim buddyzmie - klik). Oprócz tego pisze także o fitnessie, publikuje też przepisy.
Joga-abc (klik)
Jedno z bardzo nielicznych jogowych miejsc w polskim internecie, które lubię. Ich artykuły - także o wszystkim, co do tej pory wymieniłam - bardzo mi się podobają, nierzadko okazują się ciekawsze niż te na angielskojęzycznych stronach. Często są to też tłumaczenia zagranicznych tekstów. Są rzetelne i treściwe.
Joginka.pl (klik)
To blog nauczycielki jogi, Patrycji Gawlińskiej, która pisze o swoich doświadczeniach z jogą i medytacją. Opisuje różne jogiczne zagadnienia. Dodatkowym atutem jest to, że jeśli potrzebujemy dodatkowych wyjaśnień, można skontaktować się z autorką w komentarzach albo na facebooku.
Yogi Times (klik)
To chyba najdziwniejszy portal. Jest dosyć chaotyczny i tekstom nierzadko brakuje redakcji, ale niektóre z nich są całkiem przydatne. Często pojawiają się przepisy, czasem twórczość czytelników (np. wiersze), a oprócz tego inne omówienia. Tutaj, jak na DYY, każdy może wysłać swój tekst. Dużo ludzi dzieli się swoimi osobistymi przeżyciami i przemyśleniami, które są związane z jogą i jogicznym stylem życia mniej lub bardziej.
DoYouYoga (klik)
Bardzo przyjazny portal, ma raczej krótkie artykuły o wszystkim. Pisane przez joginów i joginki dla innych, nawet ja się załapałam na dwa teksty. Często pojawiają się teksty omawiające jakieś zagadnienia dotyczące stylu życia, tłumaczące jakieś zagadnienia (dotyczące czy to jogowych zasad, czy to medytacji, czy na przykład radzenia sobie ze stresem albo innymi codziennymi sytuacjami), częstym elementem są też zbiory pozycji (już ułożone w sekwencje albo z których można sobie coś poskładać) dotyczących jakiegoś problemu, np. pozycje dla biegaczy czy podstawowe wygięcia w tył. Ładnie opisane, opatrzone zdjęciami. Można znaleźć też trochę filmików z gotowymi sekwencjami (np. na kwadrans), niektóre są darmowe, niektóre nie. DYY jest najbardziej zbliżone do jogowego portalu społecznościowego, możemy znaleźć też anegdotki, śmieszne filmiki etc.
Yoga International (klik)
Ma bardzo poważne podejście i z tego, co mi wiadomo, ograniczony dostęp dla niezarejestrowanego użytkownika. Ale artykuły, najczęściej opracowania jakichś jogowych zasad, pozycji (ale tez np. opis technik oddechu) lub problemów zdrowotnych (np. sposoby radzenia sobie z haluksami! - klik), są długie i rzetelne, bardzo dużo można się dowiedzieć. I możemy mieć pewność, że czytamy coś, co ma jakieś potwierdzenie, a nie jest wyssane z palca, bo dla YI piszą sprawdzeni autorzy, najczęściej różnego rodzaju nauczyciele.
Yoga Journal (klik)
Podobne do DYY, przynajmniej w moim odczuciu. Najbardziej lubię opracowania sekwencji pozycji i jogowych technik w ogóle. Portal jest podzielony na sekcje, w tym istnieje także sekcja dla totalnych laików, wstępy i poradniki dla tych, którzy chcą zacząć albo już zaczęli i szukają więcej. Wszystko opatrzone zdjęciami i dobrymi opisami.
Sonima (klik)
Przede wszystkim wygląda szalenie estetycznie. Co nie ma absolutnie nic wspólnego z treścią, ale strasznie mi się podoba i już. Ma dobre, długie artykuły pełne informacji. Szczególnie dużo informacji można znaleźć o medytacji (również filmiki i guided meditations). Poruszają też zagadnienia o wschodnich religiach (np. ostatnio czytałam świetny artykuł o tybetańskim buddyzmie - klik). Oprócz tego pisze także o fitnessie, publikuje też przepisy.
Joga-abc (klik)
Jedno z bardzo nielicznych jogowych miejsc w polskim internecie, które lubię. Ich artykuły - także o wszystkim, co do tej pory wymieniłam - bardzo mi się podobają, nierzadko okazują się ciekawsze niż te na angielskojęzycznych stronach. Często są to też tłumaczenia zagranicznych tekstów. Są rzetelne i treściwe.
Joginka.pl (klik)
To blog nauczycielki jogi, Patrycji Gawlińskiej, która pisze o swoich doświadczeniach z jogą i medytacją. Opisuje różne jogiczne zagadnienia. Dodatkowym atutem jest to, że jeśli potrzebujemy dodatkowych wyjaśnień, można skontaktować się z autorką w komentarzach albo na facebooku.
Yogi Times (klik)
To chyba najdziwniejszy portal. Jest dosyć chaotyczny i tekstom nierzadko brakuje redakcji, ale niektóre z nich są całkiem przydatne. Często pojawiają się przepisy, czasem twórczość czytelników (np. wiersze), a oprócz tego inne omówienia. Tutaj, jak na DYY, każdy może wysłać swój tekst. Dużo ludzi dzieli się swoimi osobistymi przeżyciami i przemyśleniami, które są związane z jogą i jogicznym stylem życia mniej lub bardziej.
- czerwca 28, 2015
- 0 komentarzy
Jogowanie online jest fajne! Internet jest pełen jogowych materiałów, klasycznych książek (wszystkie klasyczne teksty z Indii można przeczytać, nie ruszając się sprzed komputera, zarówno po angielsku, jak i po polsku), filmików instruktażowych, artykułów o stylu życia, o tworzeniu własnych sekwencji, o wszystkim innym, porad, wskazówek, opisów pozycji i ich działań, muzyki, reportaży, przepisów i czego jeszcze ludzie nie wymyślą. Jeśli ktoś zechce, cały rozwój duchowy może się opierać na internecie.
Ale jak się odnaleźć?
Jasne, że najbardziej podstawowym sposobem jest użycie Google i wystarczy nam ogólnikowe hasło "joga" albo coś podobnego, żeby już znaleźć punkt zaczepienia i zagłębić się w materiały. Jedne spodobają nam się bardziej, inne mniej, niektóre uznamy za zbyt "nawiedzone", inne za zbyt pragmatyczne i tak dalej, ale koniec końców jest tego tyle, że każdy będzie usatysfakcjonowany. Świat jogi jest fascynujący, zobaczycie.
Moim ulubionym jogowym miejscem jest... Instagram. Poważnie. Funkcjonuje nawet taki tag #igyoga (i pochodna #igyogafam). Czytam na temat jogi dosyć dużo, bo mnie to interesuje i lubię, ale to właśnie dzięki Instagramowi zagłębiłam się w jogowy styl życia, bycia, wyrażania siebie. Jest całe mnóstwo osób, które chętnie dzielą się swoimi przemyśleniami, inne opisują jogowe pozycje, jeszcze inne opowiadają niesamowicie szczere historie, doświadczenia. Instagramowa joga pozwoliła mi nie tyle zrozumieć, co poczuć, o co właściwie w tym chodzi. A głosów jest tyle, ile osób, i najlepsze w tym wszystkim jest to: zawsze będzie tam miejsce na jeszcze jeden, Twój. Dużo osób zarzuca Instagramowej jodze płytkość i pozbawienie jogi tego, co w niej naprawdę ważne, indywidualnej praktyki, skupienia się na rozwoju duchowym, i nastawienie na oklaski i popisywanie się. Pewnie są i tacy ludzie - ale nikt nie każe nam ich czytać, prawda? Ja przeczytałam tam wiele poruszających historii, napisałam kilka własnych, bardzo szczerych słów, i poczułam, jakoś tak nieświadomie ten proces zresztą zaszedł, że nie jestem dziwadłem, że inni czują podobnie do mnie, mają podobne priorytety, podobne refleksje, są podobnie emocjonalni. A to sprawiło, że do końca zaakceptowałam samą siebie.
Instagram ma multum jogowych użytkowników i może dać Ci wszystko, czego sobie zażyczysz. Inspirację w kwestii pozycji, porady na temat zdrowia czy praktyki, przepisy, podzielenie się własnymi doświadczeniami, wsparcie innych, zrozumienie, akceptację, a nawet oklaski, jeśli masz ochotę. Najdziwniejsze - i najlepsze! - w tym środowisku jest to, jak niesamowicie mili są tam ludzie. Ani razu nie spotkała mnie tam żadna przykrość, żaden hejt, nic negatywnego, a nierzadko wprost przeciwnie - na mojej twarzy wywołany był uśmiech, mój dzień się trochę rozjaśnił właśnie dzięki #igyoga. Na początku zaskakiwało mnie, że obcy mi ludzie, przypadkowi, mają ochotę zostawić mi miłe słowo, że chcą być bezinteresownie mili, sympatyczni, dla samego dzielenia się pozytywnością. Przestałam się dziwić, zaczęłam robić to samo. Nigdy nie wiesz, ile Twój jeden komentarz, dosłownie dwa słowa, trzy sekundy z życia, mogą zrobić dla kogoś innego!
Nie chcę polecać żadnego konkretnego użytkownika. Warto poprzeszukiwać tagi i samemu znaleźć te osoby, które najbardziej do nas przemawiają. Przyznam tylko, że najwięksi jogowo-instagramowi celebryci (jak Kino McGregor) niekoniecznie są dla mnie tymi, którzy dzielą się najwartościowszymi (podkreślam: dla mnie) rzeczami.
O pozostałych miejscach opowiem Wam jutro. Dzisiaj napisałam tyle - zresztą, gdybym miała opisać wszystkie w jednym poście, byłby on zniechęcająco długi! A przynajmniej takie mam wrażenie. Lubicie długie posty? I jak Wam się podoba Instagram? Macie? Pochwalcie się!
- czerwca 22, 2015
- 3 komentarzy
Sierpień 2014 - jedno z moich pierwszych zdjęć jogowych, pierwszy raz, kiedy w ogóle odważyłam się jakieś zrobić.
"Chciałabym spróbować jogi, od czego mam zacząć?" - to pytanie padło już sporo razy, a ja obiecałam, że coś na ten temat na piszę i oto jest!
Samemu czy z kimś?
Przede wszystkim zastanów się, czy chcesz ćwiczyć jogę w domu, czy raczej wolałabyś/wolałbyś nadzór nauczycielki/nauczyciela. Oba sposoby są równoważne - pytanie tylko, który jest odpowiedni dla Ciebie. To zależy głównie od Twojego usposobienia (czy np. czujesz się dobrze w grupie, czy jesteś wielką indywidualistką/stą), ale też od Twojego stopnia "zorientowania" w kwestiach ruchu. Jeśli nigdy w życiu nic nie ćwiczyłaś, nie wiesz, jakie są podstawowe zasady bezpieczeństwa, nie jesteś pewna, czy uda Ci się w domu wykonać ćwiczenia bezpiecznie (np. nie poślizgniesz się na dywanie i nie wylądujesz na szklanym stoliku) i nie znasz swojego ciała, być może dobrym pomysłem będzie wypróbowanie lekcji w studio lub szkole jogi. Oczywiście, na większość tematów możesz przeczytać w internecie - i są to na tyle bogate i szczegółowe zbiory, że po dobrym researchu nie powinnaś mieć problemów. Mówię: nie powinnaś, bo wszystko zależy od tego, ile czasu i wysiłku na to poświęcisz. To Ty zdecydujesz, kiedy będziesz czuć się pewnie i ile informacji Ci wystarczy, bo nikt nie będzie tego wiedział lepiej niż Ty, ale musisz pamiętać, że bezpieczeństwo zawsze musi być na pierwszym miejscu oraz że jeśli coś Cię boli albo wydaje się niewłaściwe, szkodzące Tobie i Twojemu ciału, należy natychmiast przestać. Robisz wszystko na własną odpowiedzialność, a joga ma być przede wszystkim zdrowa i rozwijająca, nie szkodliwa i prowadząca do kontuzji.
Z kimś - w studio, w szkole, w klubie
Najważniejszą radą w tym wypadku jest: nie zrażaj się do wszystkich zajęć jogi, jeśli w pierwszej/drugiej/trzeciej szkole Ci się nie podobało. Każde zajęcia są inne, bo jest ich tyle, ilu jest nauczycieli, i może minąć trochę czasu, nim znajdziesz takie, które Ci odpowiadają. Mogę jednak zapewnić, że kiedy już je znajdziesz, będzie to bardzo wartościowe doświadczenie.
Nie wiem, jak jest w innych miastach, ale u nas większość szkół pierwsze zajęcia ma za darmo - właśnie po to, żeby można było sprawdzić, czy w ogóle chcemy się tam uczyć. Jeśli nawet trzeba za nie zapłacić, cena pojedynczych zajęć to około 20 złotych (plus minus). Dostępne są także zajęcia indywidualne z instruktorem, choć jest to opcja kosztowniejsza.
Solo - w domu, na podwórku
Tak zaczęłam praktykować ja. To moim zdaniem dobra opcja, jeśli lubisz dowiadywać się wszystkiego na własną rękę, lubisz robić rzeczy we własnym tempie, na swój własny sposób, po swojemu, i jeszcze najlepiej żeby nikt nic nie mówił i tak dalej. Musisz upewnić się, że Twoja praktyka będzie Ci służyć, a nie szkodzić, że Twoje środowisko (pokój, podwórko etc.) nie stworzy zagrożenia dla zdrowia i bezpieczeństwa Twojego i innych (np. nie rozdepczesz kota). Jestem jednak przekonana, że jeśli zdobędziesz pewną wiedzę (o tym za chwilę), praktyka w domu może być fantastyczną rzeczą. Wysiłek związany z przygotowaniem się do tego nie jest tak wielki, jak mogłoby się wydawać, a dzięki niemu zyskujesz okazję, by praktykować wtedy, kiedy masz ochotę, tak, jak masz ochotę, w takich warunkach, w jakich lubisz. I znika wymówka, że "nie chce mi się iść", "pada deszcz", "buty mnie cisną" etc. ;)
Co jest potrzebne do ćwiczenia jogi?
Jedynym wymaganiem jest posiadanie ciała, powiedziałabym. Oprócz tego przyda się na pewno trochę miejsca, żeby można było swobodnie machnąć ręką czy nogą (chociaż ja dawałam radę i w malutkiej przestrzeni mojego pokoju, trzeba było tylko bardziej uważać) i taka podłoga, na której się nie poślizgniesz. Najlepiej ćwiczyć boso, w wygodnych ubraniach, takich, żeby móc swobodnie się poruszać. Dodatkową rzeczą, którą można sobie kupić, jeśli już wiemy, że chcemy to robić, jest mata do jogi (od około 80 zł w górę). Zdecydowanie odradzam ćwiczenie na karimatach - są za krótkie i za wąskie, a do tego śliskie, mogą spowodować wypadek. Innymi akcesoriami, które spotkać można przede wszystkim w studiach, są np. kostki, bloczki i paski, ale można je zastąpić poduszkami i paskami/szalikami, które akurat mamy w domu. Zresztą, wprowadzenie ich do praktyki wymaga świadomości, w którym momencie rzeczywiście ich potrzebujemy, dlatego na samym początku nie warto sobie nimi zaprzątać głowy. Nie warto też wykupywać połowy sklepu, zanim się jeszcze na dobre zacznie. Naprawdę potrzebne jest jedynie ciało i trochę chęci.
Przeciwwskazania w jodze
Istnieją. Zazwyczaj nie wykluczają z całości praktyki, a jedynie wymagają omijania niektórych pozycji lub stosowania modyfikacji. Ponieważ jednak każdy z nas jest inny i tyle jest przypadków, co ludzi, nie będę pisać o każdym z osobna. Jeśli wiesz o jakiejś kontuzji czy innym problemie zdrowotnym (nadciśnienie, problemy z tarczycą, problemy z kręgosłupem itd.), zapytaj lekarza, nauczyciela lub sprawdź na jednej z wielu stron opracowujących zagadnienia jogi, jakie mogą być przeciwwskazania.
Od czego ja zaczęłam?
Od wyczytania na jakimś blogu, że jakaś dziewczyna zaczęła ją praktykować i bardzo jej się podoba. Zalinkowała też stronę Shape Magazine, do artykułu opisującego kilkanaście pozycji jogi (z wskazówkami wykonania każdej), które miały służyć konkretnemu celowi, np. poprawieniu mięśni brzucha (klik). Bardzo długo ćwiczyłam z Shape i większość pozycji opanowałam właśnie z nim, dlatego i Wam go polecam. Jest dobry na początek, dosyć prosto i konkretnie tłumaczy, z wyraźnymi zdjęciami, a ułożone sekwencje są całkiem porządne. Są też dość wymagające fizycznie, dlatego sukcesem będzie wykonanie połowy sekwencji albo tylko wybranych pozycji. Zresztą do tej pory tak czasem ćwiczę: wybieram kilka sekwencji, a z nich wybieram pozycje, które chcę wykonać. Oprócz opisowych postów Shape ma także dużo filmików z sekwencjami. Wszystko jest w języku angielskim. Polecam poprzeglądać tagi, takie jak yoga, yoga workout i tym podobne.
Oprócz tego ćwiczyłam po prostu na podłodze, słuchając swojego ciała. Research przyszedł trochę później i oczywiście stopniowo. Jako zaplecze miałam półtora roku krav magi, więc nie można powiedzieć, żebym podeszła do zagadnienia, nie wiedząc o ciele czy ruchu zupełnie nic, chociaż dużo rzeczy wykonywałam intuicyjnie, dzięki wrodzonym predyspozycjom do rozciągania.
Temat okazał się nieco obszerniejszy, niż zakładałam, dlatego w kolejnym poście opiszę Wam inne źródła, z których korzystam/można korzystać, szukając informacji o jodze, sekwencjach i tak dalej. Chcę tylko, byście pamiętali, że wszystko, co opisuję, bierze się z moich własnych doświadczeń i nie jest żadnym bezwzględnym nakazem/zakazem albo świętą, objawioną prawdą. Oprócz zasady, że bezpieczeństwo i zdrowie muszą być zawsze na pierwszym miejscu!
- czerwca 14, 2015
- 7 komentarzy
Ostatnio w mojej jogowej części życia wydarzyło się dosyć sporo - od ostatniego wpisu zdążyły minąć aż trzy wyzwania, z czego w jednym wygrałam, w drugim nie, a na trzecim zależy mi bardzobardzobardzo (wygrana zapewniłaby mi środki na kupienie psa, ale ciii) i trochę się denerwuję, bo dzisiaj wyniki! Trzymajcie kciuki! Więc żeby skupić się na czymś innym, prezentuję Wam dzisiaj kolejne zdjęcie z projektu #Goddess365, a razem z nim krótkie zadanie.
Zastanów się w głębi serca, jakie są trzy rzeczy, które w sobie bardzo lubisz, które Ci się podobają, które czynią Cię Tobą, które sprawiają, że jesteś piękna/y. Wystarczy, że je znajdziesz i uświadomisz sobie, że je masz. To mogą być cechy fizyczne albo charakteru, ale mogą też być osoby, które sprawiają, że czujesz się świetnie, albo miejsca, w których życie jest najfajniejsze... Cokolwiek! Ważne, żeby o nich pamiętać, chociaż oczywiście będzie mi miło, jeśli zechcecie się nimi podzielić.
Na zachętę napiszę o swoich trzech rzeczach, które przyszły mi do głowy.
Przede wszystkim - moje włosy. Dość oczywisty wybór. Uwielbiam je, od zawsze były tą jedną częścią mnie, o której nigdy nie miałam żadnych kompleksów. Trochę przypominają mi też różę z Małego księcia, mają swoją osobowość i wymagają codziennej dawki zachwytów, bo inaczej zrobią się kapryśne. Ale zawsze się cieszę, że mogę o nie dbać i poświęcić im należną im chwilę, bardzo lubię się nimi zajmować.
Za duże bluzy. Wiecie, jak czasem jest to jedno ubranie, w którym zawsze, ale to ZAWSZE czujecie się dobrze, nieważne co? Dobrze, bezpiecznie, miło... Dla mnie to są własnie za duże męskie bluzy z kapturem. Są najwygodniejszymi rzeczami na Ziemi i czuję się w nich mała i jak człowiek kieszonkowy, w sam raz do przytulania. Fantastyczne uczucie!
No i joga. Znowu chyba nikogo nie zaskoczyłam, ale to prawda! Nie potrafię tańczyć i moja koordynacja ruchowa jest dosyć słaba, nie mam tej naturalnej łatwości ruchu czy świadomości ciała, a joga na to wszystko pomaga i to pomaga BARDZO. Czasem wręcz wydaje mi się, że działa cuda. A całe mnóstwo pozycji do tego sprawia, że jestem zachwycona tym, co potrafi moje ciało, tym, że mam tyle energii, że potrafię przyjąć taką a nie inną postawę, że wyglądam - i czuję się! - wtedy świetnie, ładnie i jakoś... adekwatnie. Na właściwym miejscu. Wiem, co robię (w przeciwieństwie do tańczenia ;)).
A jakie są Wasze rzeczy? Podobały Wam się moje propozycje? Mam nadzieję, że zainspirowałam Wam do czegoś. Chciałabym, żebyście pamiętali - jesteście świetni. I już! :)
- czerwca 08, 2015
- 7 komentarzy
#Goddess365, znaczy - bogini. To akcja @haleyblackmanyoga i @thegivingmom, która polega na tym, że w kwietniu i maju w każdy piątek publikowały posty dotyczące samoakceptacji i odkrywania piękna w sobie i zachęcały do tego samego, a towarzyszyły temu zdjęcia, na których czują się piękne. Wzięłam udział, a jakże, Zdjęcie powyżej jest jednym z takich zdjęć, na Instagramie jest ich więcej, zapraszam do obejrzenia. (Nie publikuję ich tutaj; niektóre zdjęcia są jakby łatwiej akceptowane i powodują mniej skandali na Instagramie niż gdziekolwiek indziej.) Chciałabym jednak opowiedzieć trochę o samoakceptacji, bo to jest bliski mi temat. A w dodatku niezwykle mocno związany z jogą. Wydaje mi się, że nie akceptując siebie - a przynajmniej nie pragnąc się akceptować - nie da się praktykować jogi.
"Zakochać się w sobie samym to początek romansu na całe życie." Oscar Wilde
Przeczytałam gdzieś, że wewnętrzny głos krytyki jest tak niebezpieczny, bo to nasz własny głos. Nie czyjś. Nasz. A bardzo trudno jest zignorować swój własny głos albo zarzucić sobie kłamstwo.
Im więcej chodzę na siłownię, im więcej trenuję, tym więcej mam w sobie krytyki. Co nie ma absolutnie żadnego sensu, bo przecież więcej treningów znaczy zmiany NA LEPSZE. Nie lubię tego efektu ubocznego treningów i staram się go uciszyć, ale to nie najłatwiejsza rzecz. Ostatnio albo znajduję rzeczy, które mogłyby być lepsze w moim wyglądzie/ciele, albo jestem Oscarem Wilde'em.
Oscar Wilde to jedna z moich największych miłości, zarówno jako postać, jak i pisarz. Był dekadentem, skandalistą i wspaniałym, pięknym wolnym duchem. A jednak byłam zaskoczona, kiedy pierwszy raz zobaczyłam jego zdjęcie. Nie jest klasyczną pięknością. A mimo to, w jego wypowiedziach i tekstach jest tyle samosatysfakcji i akceptacji, że to niesamowite. Świat byłby takim przyjaznym i sarkastycznym, a równocześnie fantastycznym miejscem, gdybyśmy wszyscy byli troszeczkę bardziej jak Oscar Wilde. Kochajmy samych siebie tak, jak robił to Oscar!
Jesteś piękna. Tak, Ty. Pozwól, że zostanę Twoim wewnętrznym głosem zachwytu. Jesteś niesamowita, unikalna, wspaniała. Im bardziej jesteś sobą, tym piękniejsza się stajesz. Dziękuję, że jesteś!
Na zadanie domowe wszyscy myślą o trzech rzeczach, które sprawiają, że czują się piękni. Ja chętnie podzielę się z Wami swoimi przy następnej okazji! A jeśli macie ochotę, Dove ma akcję "Jestem piękna, bo...", gdzie też możecie się podzielić powodami i jeszcze zrobić sobie z tym koszulkę :)
Jak Wam się podobało? Jakie są Wasze myśli na ten temat? Włosomaniactwo i w ogóle świat kosmetyków przecież kręci się wokół wyglądania jak najlepiej i wyglądu w ogóle!
- maja 24, 2015
- 0 komentarzy
No więc kiedy mnie nie było na blogu, nadal robiłam różne rzeczy na Instagramie (jest po prostu szybszy, zwłaszcza wtedy, kiedy nie ma dużo czasu, dlatego zachęcam do zaglądania tam). Nie pokażę Wam wszystkiego naraz, ale postaram się powoli nadrabiać zaległości.
Oto najciekawsze (moim zdaniem) momenty.
To zdjęcie jest nie do końca "jogą", ale to zdjęcie to jedna para butów dla dzieci, które tego potrzebują. A to za sprawą firmy TOMS i tagu #withoutshoes. Każde zdjęcie opublikowane do 21 maja na Instagramie z tym hasztagiem i bosymi stopami to właśnie przekazana jedna para butów. Zachęcam ja i S., i The Elephant Pants :)
Oprócz tego, weszło mi w nawyk robienie zdjęć na samochodzie S. Nawet rzeczy tak proste, jak świeca, okazują się wyzwaniem!
Sezon na rowery czas zacząć! Jeździcie? Ja ostatnio coraz więcej i szalenie się cieszę, chociaż nie jestem pewna, czy w ten sposób udałoby mi się na niego wsiąść.
Jedna z rzeczy, z których jestem najbardziej dumna. Udała mi się pozycja, której uczyłam się od lipca! Dotknięcie swoją stopą potylicy to szalenie dziwne uczucie, ale czułam się wspaniale! Nadal nie zawsze mi wychodzi, ale po dobrym rozgrzaniu i rozciągnięciu jest możliwa i nie sądziłam, że kiedykolwiek będzie. Yay!
Jedno z moich ulubionych mott - z Doctora Who (oczywiście; mój ukochany serial!) - "trochę mniej strachu, trochę więcej zaufania". Myślę, że chociaż jest tak proste, sprawdza się w bardzo, bardzo wielu sytuacjach, i to właśnie jest jego siłą.
A w kwietniu pojechałam do Krakowa! Obejrzałyśmy "Przemianę" Kafki - polecam, bardzo dobry i bardzo "mocny" spektakl. A oprócz tego trochę się powyginałam, a w tle mam znudzonego rycerza ;)
I to tyle, jeśli chodzi o błyskawiczne nadrabianie. Wybaczcie, że niedziela nie wypada w niedzielę, ale jeszcze się mobilizuję. W przyszłym tygodniu podzielę się z Wami jedną z najfajniejszych inicjatyw wśród instagramowej jogi, projektem #Goddess365.
Jak Wam się podobało? Co Wy robiłyście przez cały ten czas? Jakieś wiosenne postanowienia w kwestiach ruchu?
- maja 19, 2015
- 7 komentarzy
Tym razem niedziela dla jogi wypada w poniedziałek (ech, te zmiany czasu, kto by się spodziewał!). I podsumowuje dwa tygodnie, bo ostatnim razem nie znalazłam czasu ni natchnienia. Przed Wami moje ulubione zdjęcia i trochę opowieści. Aha, no i włosy. Szykuje się aktualizacja włosowa, ale muszę najpierw umyć włosy odpowiednio wcześnie w dzień, żeby zrobić zdjęcie, jeszcze moment to zajmie. (W sekrecie powiem, że kamień milowy nam... stuknął.) W zamian macie mnóstwo zdjęć z moimi włosami, które do aktualizacji wcale się nie nadają ;) Ale tak, posiadanie tak długich włosów (i tak łapiących słońce!) to jest wielki plus, kiedy się robi zdjęcia. Jestem z nich (i ich kondycji) szalenie zadowolona!
Urządziłam małą wycieczkę po Gliwicach, ponieważ Śląsk bywa może brzydki, ale bywa też śliczny. Mamy na przykład lwa jak się patrzy. Lew podobno pilnuje miasta, ale dla mnie symbolizuje spokojną siłę, cichą odwagę i swoiste dobro. Jak Aslan, bo czytałam Narnię, kiedy byłam mała i niezależnie od tego, co o niej sądzę teraz, Aslan ze mną został. Opiekun i lwie serce.
Mamy w Gliwicach więcej takich, ale ten jest moim ulubionym, może dlatego że wydaje się taki delikatny z powodu snu.

Odwiedziłam też Neptuna. I przy okazji zeszłam na zawał, kiedy uświadomiłam sobie, że przecież mogłam tam spaść w dół prosto na twarz... ale dopiero, kiedy zeszłam. Nie popieram jogi w miejscach nazbyt ryzykownych (na przykład balans na poręczy szczytu dziesięciopiętrowych spiralnych schodów - widziałam! - jest jednak zaprzeczeniem sensu jogi, przynajmniej dla mnie), ale w miejscach ryzykownych kontrolowanie może być świadectwem siły, zaufania do własnego ciała i świadomości swoich możliwości. A w tle mamy rynek!
Tak jogini chodzą do kina. No przecież!
I na koniec dwa ładne miejsca gliwickie: park przy ul. Zwycięstwa i mój ulubiony (i jedyny) wege bar, Złoty Osioł.
A na ostatnim zdjęciu można się przyjrzeć, co mam na myśli, kiedy mówię, że moje włosy są "soczyste". Fale się ślizgały! (To niecodzienne, moje włosy rzadko takie są.)
I jak Wam się podobają moje wycieczki? Im będzie cieplej, tym będzie ich więcej! Wiosno, jak dobrze cię widzieć!
A co u Was? Jakieś zmiany z okazji wiosny? Robicie już porządki? (Bo ja to bym musiała...)
- marca 30, 2015
- 1 komentarzy
Ale jak to, już kolejna?!
W tym tygodniu rozpoczęła się druga edycja wyzwania #ArtMusicYogaLove (Sztuka, Muzyka, Joga i Miłość), które polega na tym, że pozycja jest dowolna, ale musi to być interpretacja zadanej piosenki. Wyzwanie trwa trzynaście dni, do tej pory odbyło się siedem, z czego zdążyłam zrobić sześć. Będę gonić! Pierwsza edycja szalenie mi się podobała, bo bardzo wyzwala kreatywność. Jestem absolutną nogą (sic!) w kwestii tańca, a dzięki temu wyzwaniu mogę się trochę spełnić muzycznie. No, tylko trochę, bo moje interpretacje dotyczą raczej tekstów niż dźwięków. Organizatorki również są wspaniałe. Rozpieszcza nas też pogoda - idzie wiosna, moi drodzy!!!
i see trees of green (widzę drzewa zieleni)
red roses too (czerwone róże)
i see skies of blue (widzę błękit nieba)
and clouds of white (i biel chmur)
the bright blessed day (ten jasny, błogosławiony dzień)
- What a wonderful day, Louis Armstrong
i bow to you (kłaniam ci się)
again and again (znów i znów)
lotus sitting on the water (lotos siedzący na wodzie)
- Ong Namo, Snatam Kaur
get that angle right (uchwyć dobry kąt)
don't let those clothes wear you (nie pozwól, by ubrania nosiły ciebie)
get on the floor in your best couture (zejdź na parkiet w swoich najlepszych ubraniach)
- Glam, Christina Aguilera
chasing pirates (gonię piratów)
- Chasing pirates, Norah Jones
To zdjęcie nie jest może moim najlepszym, ale lubię je z jednego powodu - mam na sobie koszulkę z Zapytaj Beczkę, programem Krzysztofa Gonciarza, mojego ulubionego youtubera. Polecam! Koszulka pyta wszem i wobec, czy lubisz masło.
lady, running down to the riptide (pani, uciekam do fal)
you're the magician's assistant in their dream (jesteś asystentką magika z ich snów)
- Riptide, Vance Joy
Wiosna! Nareszcie!
PS. Pod poprzednim postem padła propozycja zrobienia postu o tym, od czego w jodze zacząć. Post napiszę, jak tylko znajdę chwilę czasu! Na pewno pojawi się też coś o akceptacji siebie i swojego ciała, bo to są tematy mi bliskie. Jeśli macie jeszcze jakieś propozycje - śmiało!
PPS. Jeśli komuś nie odpisałam na komentarz - przepraszam. Ostatnio nie narzekam na nadmiar wolnego czasu i nudy, bo matury już wkrótce. Czytam wszystko! Ale kiedy czytam przez tablet, o wiele dłużej zajmuje mi odpowiadanie.
W tym tygodniu rozpoczęła się druga edycja wyzwania #ArtMusicYogaLove (Sztuka, Muzyka, Joga i Miłość), które polega na tym, że pozycja jest dowolna, ale musi to być interpretacja zadanej piosenki. Wyzwanie trwa trzynaście dni, do tej pory odbyło się siedem, z czego zdążyłam zrobić sześć. Będę gonić! Pierwsza edycja szalenie mi się podobała, bo bardzo wyzwala kreatywność. Jestem absolutną nogą (sic!) w kwestii tańca, a dzięki temu wyzwaniu mogę się trochę spełnić muzycznie. No, tylko trochę, bo moje interpretacje dotyczą raczej tekstów niż dźwięków. Organizatorki również są wspaniałe. Rozpieszcza nas też pogoda - idzie wiosna, moi drodzy!!!
i see trees of green (widzę drzewa zieleni)
red roses too (czerwone róże)
i see skies of blue (widzę błękit nieba)
and clouds of white (i biel chmur)
the bright blessed day (ten jasny, błogosławiony dzień)
- What a wonderful day, Louis Armstrong
i bow to you (kłaniam ci się)
again and again (znów i znów)
lotus sitting on the water (lotos siedzący na wodzie)
- Ong Namo, Snatam Kaur
get that angle right (uchwyć dobry kąt)
don't let those clothes wear you (nie pozwól, by ubrania nosiły ciebie)
get on the floor in your best couture (zejdź na parkiet w swoich najlepszych ubraniach)
- Glam, Christina Aguilera
chasing pirates (gonię piratów)
- Chasing pirates, Norah Jones
To zdjęcie nie jest może moim najlepszym, ale lubię je z jednego powodu - mam na sobie koszulkę z Zapytaj Beczkę, programem Krzysztofa Gonciarza, mojego ulubionego youtubera. Polecam! Koszulka pyta wszem i wobec, czy lubisz masło.
lady, running down to the riptide (pani, uciekam do fal)
you're the magician's assistant in their dream (jesteś asystentką magika z ich snów)
- Riptide, Vance Joy
Wiosna! Nareszcie!
PS. Pod poprzednim postem padła propozycja zrobienia postu o tym, od czego w jodze zacząć. Post napiszę, jak tylko znajdę chwilę czasu! Na pewno pojawi się też coś o akceptacji siebie i swojego ciała, bo to są tematy mi bliskie. Jeśli macie jeszcze jakieś propozycje - śmiało!
PPS. Jeśli komuś nie odpisałam na komentarz - przepraszam. Ostatnio nie narzekam na nadmiar wolnego czasu i nudy, bo matury już wkrótce. Czytam wszystko! Ale kiedy czytam przez tablet, o wiele dłużej zajmuje mi odpowiadanie.
- marca 15, 2015
- 5 komentarzy
Otóż to! Nigdy nie robiłam niedziel dla włosów, bo przy mojej pielęgnacji absolutnie nie miałoby to żadnego sensu, ale postanowiłam dzielić się tu i na SilesYodze (klik) tym, co też mnie przez tydzień jogowego spotkało, jako że Instagram żyje prawie codziennie, natomiast blog trochę mniej. Chcę go ożywić - i przy okazji dzielić się dwiema pasjami, nie jedną.
Czym będzie Niedziela dla jogi? Krótkim (lub dłuższym...) podsumowaniem tego, co można też zobaczyć na Instagramie. Będzie dużo zdjęć (jakość Instagramowa najczęściej), będą przetłumaczone fragmenty postów, będą jakieś moje przemyślenia i komentarze. Zaczynajmy!
Przede wszystkim wzięłam udział w wyzwaniu Oh, the places you'll crow (Och, miejsca, w których będziesz "wronić"), więc przez sześć dni robiłam wrony tu i tam. Na niektórych zdjęciach chwaliłam się też Śląskiem:
W Gliwicach jest na przykład czternastowieczna Brama Raciborska, która przez całe dzieciństwo mnie zastanawiała, no bo jak to tak, kto robi bramę w ziemi?!
Gliwicki pomnik, kawałek parku i nasza charakterystyczna architektura: śliczna, stara, ale często brudna i zaniedbana. Co nie przeszkadza jej kochać. Przy okazji - wbrew pozorom, Śląsk jest kolorowy!
Zrobiłam też gliwicką pocztówkę, a co!
Noszę się w spodniach - The Elephant Pants. Kolor cudny, materiał świetny, noszą się wspaniale. A przy okazji ratują słonie, bo jeden dolar z każdych zakupów jest przekazywany na AWF; mają także słoniowe bransoletki, kto ciekaw, zapraszam na stronę (klik). A z kodem "abehair" dostaniecie 10% zniżki na zamówienie (dotacja zostaje, oczywiście).
Udało mi się też zrobić szaloną rzecz - zdać prawo jazdy! Z tej okazji mój S. pozwolił mi nawet usiąść na masce naszej niebieskiej budki! Zdjęcie uwielbiam; nigdy nie siedziałam na masce samochodu, więc tym bardziej się cieszę.
A na koniec wiersz:
Który co prawda nie jest jogą, ale też się pochwalę, bo mogę. Po angielsku, bo ten język jest znacznie lepszy w wyrażaniu emocji, a co za tym idzie - w poezji. Poezja po polsku występuje u mnie tylko w formie tłumaczeń z angielskiego.
Jak Wam się podoba pomysł coniedzielnej jogi? Mam nadzieję, że wytrwam, i niedziela dla jogi stanie się stałym elementem bloga!
PS. Będę wdzięczna za wszystkie uwagi, zwłaszcza, jeśli było coś nie tak: coś za długo, czegoś za dużo, za mało, coś widziałybyście inaczej... Forma zapewne będzie ewoluować i chciałabym usłyszeć, co sądzicie Wy, skoro to do Was piszę :)
PPS. Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet!
Czym będzie Niedziela dla jogi? Krótkim (lub dłuższym...) podsumowaniem tego, co można też zobaczyć na Instagramie. Będzie dużo zdjęć (jakość Instagramowa najczęściej), będą przetłumaczone fragmenty postów, będą jakieś moje przemyślenia i komentarze. Zaczynajmy!
Przede wszystkim wzięłam udział w wyzwaniu Oh, the places you'll crow (Och, miejsca, w których będziesz "wronić"), więc przez sześć dni robiłam wrony tu i tam. Na niektórych zdjęciach chwaliłam się też Śląskiem:
Gliwicki pomnik, kawałek parku i nasza charakterystyczna architektura: śliczna, stara, ale często brudna i zaniedbana. Co nie przeszkadza jej kochać. Przy okazji - wbrew pozorom, Śląsk jest kolorowy!
Zrobiłam też gliwicką pocztówkę, a co!
Noszę się w spodniach - The Elephant Pants. Kolor cudny, materiał świetny, noszą się wspaniale. A przy okazji ratują słonie, bo jeden dolar z każdych zakupów jest przekazywany na AWF; mają także słoniowe bransoletki, kto ciekaw, zapraszam na stronę (klik). A z kodem "abehair" dostaniecie 10% zniżki na zamówienie (dotacja zostaje, oczywiście).
Udało mi się też zrobić szaloną rzecz - zdać prawo jazdy! Z tej okazji mój S. pozwolił mi nawet usiąść na masce naszej niebieskiej budki! Zdjęcie uwielbiam; nigdy nie siedziałam na masce samochodu, więc tym bardziej się cieszę.
A na koniec wiersz:
Który co prawda nie jest jogą, ale też się pochwalę, bo mogę. Po angielsku, bo ten język jest znacznie lepszy w wyrażaniu emocji, a co za tym idzie - w poezji. Poezja po polsku występuje u mnie tylko w formie tłumaczeń z angielskiego.
Jak Wam się podoba pomysł coniedzielnej jogi? Mam nadzieję, że wytrwam, i niedziela dla jogi stanie się stałym elementem bloga!
PS. Będę wdzięczna za wszystkie uwagi, zwłaszcza, jeśli było coś nie tak: coś za długo, czegoś za dużo, za mało, coś widziałybyście inaczej... Forma zapewne będzie ewoluować i chciałabym usłyszeć, co sądzicie Wy, skoro to do Was piszę :)
PPS. Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet!
- marca 08, 2015
- 8 komentarzy
To jest wpis z SilesYogi (klik), ale pomyślałam, że skoro o jedzeniu, to i tu może się pojawić. Zapraszam!
Nie kupiłabym karpia na Święta. Nie potrafiłabym spojrzeć na żywe stworzenie i wskazać palcem „Tak, poproszę tego”.
Ahimsa znaczy prosto – postępuj tak, by nie krzywdzić, nie dodawaj bólu do świata. Mimo podobieństwa do piątego przykazania („nie zabijaj”), rozumiane jest nieco inaczej – i stąd większość joginek i joginów, a także buddystów, jest wegetarianami lub weganami.
A potem jestem ja. Dużo ludzi zakłada, że nie jem mięsa – niesłusznie. Że nie miałabym nic przeciwko, by nie jeść – jasne; nie musieć odwiedzać sklepów mięsnych, nie musieć mieć tej świadomości, że jem żywe stworzenie, które jak ja jadło, piło i odczuwało, i że nie mogę mieć pewności, że ktoś miał do niego z tego powodu na tyle szacunku, by je zabić w humanitarny sposób. Niekomfortowe jest nie tylko to, że zostało zabite – ale że być może całe jego życie było cierpieniem. Nie czuję potrzeby jedzenia mięsa – wykluczenie go z diety byłoby bardziej niż proste. Niestety, cała reszta nie jest taka prosta.
Z powodu nietolerancji pokarmowych każda potrawa, która nie powoduje bólu, jest dla mnie na wagę złota. Nie mogę jeść na tyle wielu produktów, że odejmowanie jeszcze mięsa sprawiłoby mi naprawdę wiele trudności – zwłaszcza, jeśli nie gotuje się tylko samej i tylko dla samej siebie. Z początku nie z własnej woli, teraz już także z przekonania nie jem żadnego nabiału – czyli większości produktów odzwierzęcych, które nie są mięsem (ani miodem – osobista słabość; ale nie słyszałam jeszcze o pszczelarzu, który by krzywdził pszczoły, wręcz przeciwnie). To jest moja ahimsa – równoważę mięso brakiem nabiału. Połowę cierpienia mniej. Może kiedyś, kiedy moja dieta i żołądek mi na to pozwolą, przejdę na weganizm. Na razie jestem na tyle, na ile mogę.
To nie jest tak, że czuję się lepsza z tego powodu albo że odczuwam potrzebę namówienia wszystkich innych na mój sposób. Dlaczego miałabym to robić? Każdy z nas ma swój własny sposób postępowania i to, co mu się wydaje słuszne. Ja mam swój sposób. Świat jest okrutny, to słyszałam. Ale słyszałam też, że należy być zmianą, którą chce się w świecie widzieć – i wierzę, że odmówienie udziału w kupowaniu jajek (szczególnie tych najtańszych – z chowu klatkowego) czy mleka jest takim malutkim kroczkiem, takim małym podziękowaniem – mnie nikt nie krzywdzi, nikt nie wykorzystuje, a więc i ja postaram się nie krzywdzić i nie wykorzystywać. Niejedzenie tego czy innego produktu jest pewnie tylko jednym ze sposobów wyrażania tego.
Mięsa jem mało jak na polskie standardy i rzadko jako główny element posiłku, raczej jeden z wielu. Wiem wystarczająco wiele na temat sposobów żywienia, żeby wiedzieć, że żeby się najeść, dostarczyć organizmowi odpowiednich wartości odżywczych i zjeść smacznie nie trzeba mięsa wcale. Uwielbiam rośliny, zieleninkę, warzywa, owoce... Kiedyś nie byłam w stanie sobie wyobrazić, jak można nie jeść nic odzwierzęcego – teraz jestem pod wrażeniem, jak wiele można w ten sposób przyrządzić, jak kolorowo, jak różnorodnie, zróżnicować dietę, żyć zdrowo.
Pociąga mnie taki sposób życia. Istotą tego wszystkiego pozostaje ahimsa – nie krzywdź. Nie dodawaj bólu. Jeśli świat jest okrutny, to ty nie musisz mu w tym pomagać. Wydaje mi się, że to dobry cel, dobra motywacja życiowych wyborów, dlatego nie rozumiem ludzi, którzy śmieją się z wegan czy wegetarian. Jeśli to robisz – to krzywdzisz. Jeśli nie rozumiesz – zapytaj albo zostaw w spokoju – bo śmianie się z kogoś dlatego, że stara się nie krzywdzić innych i na swój sposób sprawić, by świat był choć trochę lepszy, świadczy źle jedynie o tobie.
Ahimsa. Na swój własny sposób.
Nie kupiłabym karpia na Święta. Nie potrafiłabym spojrzeć na żywe stworzenie i wskazać palcem „Tak, poproszę tego”.
Ahimsa znaczy prosto – postępuj tak, by nie krzywdzić, nie dodawaj bólu do świata. Mimo podobieństwa do piątego przykazania („nie zabijaj”), rozumiane jest nieco inaczej – i stąd większość joginek i joginów, a także buddystów, jest wegetarianami lub weganami.
A potem jestem ja. Dużo ludzi zakłada, że nie jem mięsa – niesłusznie. Że nie miałabym nic przeciwko, by nie jeść – jasne; nie musieć odwiedzać sklepów mięsnych, nie musieć mieć tej świadomości, że jem żywe stworzenie, które jak ja jadło, piło i odczuwało, i że nie mogę mieć pewności, że ktoś miał do niego z tego powodu na tyle szacunku, by je zabić w humanitarny sposób. Niekomfortowe jest nie tylko to, że zostało zabite – ale że być może całe jego życie było cierpieniem. Nie czuję potrzeby jedzenia mięsa – wykluczenie go z diety byłoby bardziej niż proste. Niestety, cała reszta nie jest taka prosta.
Z powodu nietolerancji pokarmowych każda potrawa, która nie powoduje bólu, jest dla mnie na wagę złota. Nie mogę jeść na tyle wielu produktów, że odejmowanie jeszcze mięsa sprawiłoby mi naprawdę wiele trudności – zwłaszcza, jeśli nie gotuje się tylko samej i tylko dla samej siebie. Z początku nie z własnej woli, teraz już także z przekonania nie jem żadnego nabiału – czyli większości produktów odzwierzęcych, które nie są mięsem (ani miodem – osobista słabość; ale nie słyszałam jeszcze o pszczelarzu, który by krzywdził pszczoły, wręcz przeciwnie). To jest moja ahimsa – równoważę mięso brakiem nabiału. Połowę cierpienia mniej. Może kiedyś, kiedy moja dieta i żołądek mi na to pozwolą, przejdę na weganizm. Na razie jestem na tyle, na ile mogę.
To nie jest tak, że czuję się lepsza z tego powodu albo że odczuwam potrzebę namówienia wszystkich innych na mój sposób. Dlaczego miałabym to robić? Każdy z nas ma swój własny sposób postępowania i to, co mu się wydaje słuszne. Ja mam swój sposób. Świat jest okrutny, to słyszałam. Ale słyszałam też, że należy być zmianą, którą chce się w świecie widzieć – i wierzę, że odmówienie udziału w kupowaniu jajek (szczególnie tych najtańszych – z chowu klatkowego) czy mleka jest takim malutkim kroczkiem, takim małym podziękowaniem – mnie nikt nie krzywdzi, nikt nie wykorzystuje, a więc i ja postaram się nie krzywdzić i nie wykorzystywać. Niejedzenie tego czy innego produktu jest pewnie tylko jednym ze sposobów wyrażania tego.
Mięsa jem mało jak na polskie standardy i rzadko jako główny element posiłku, raczej jeden z wielu. Wiem wystarczająco wiele na temat sposobów żywienia, żeby wiedzieć, że żeby się najeść, dostarczyć organizmowi odpowiednich wartości odżywczych i zjeść smacznie nie trzeba mięsa wcale. Uwielbiam rośliny, zieleninkę, warzywa, owoce... Kiedyś nie byłam w stanie sobie wyobrazić, jak można nie jeść nic odzwierzęcego – teraz jestem pod wrażeniem, jak wiele można w ten sposób przyrządzić, jak kolorowo, jak różnorodnie, zróżnicować dietę, żyć zdrowo.
Pociąga mnie taki sposób życia. Istotą tego wszystkiego pozostaje ahimsa – nie krzywdź. Nie dodawaj bólu. Jeśli świat jest okrutny, to ty nie musisz mu w tym pomagać. Wydaje mi się, że to dobry cel, dobra motywacja życiowych wyborów, dlatego nie rozumiem ludzi, którzy śmieją się z wegan czy wegetarian. Jeśli to robisz – to krzywdzisz. Jeśli nie rozumiesz – zapytaj albo zostaw w spokoju – bo śmianie się z kogoś dlatego, że stara się nie krzywdzić innych i na swój sposób sprawić, by świat był choć trochę lepszy, świadczy źle jedynie o tobie.
Ahimsa. Na swój własny sposób.
- stycznia 01, 2015
- 1 komentarzy
Mniejsza z fryzurą - ale Batmobil! W tle samochód Żółwi Ninja. Znalazłam Batmobil przypadkiem, kiedy byłyśmy na zakupach - i nie mogłam przejść obojętnie! Czy nie jest wspaniały? Udało mi się go nawet poprowadzić jak prawdziwa joginka:
Fryzura? Jaka fryzu... Ach, tak. Dwa warkocze francuskie - robiąc prawy, plotłam nad lewym ramieniem i vice versa, dzięki czemu naturalnie układały się na krzyż. Bardzo lubię dwa warkoczyki, mimo że są stosunkowo czasochłonne, ale klasyczne pasują niestety tylko dzieciom - ale znalazłam zamiennik!
- grudnia 06, 2014
- 6 komentarzy
Tak się prezentują moje włosy 4 listopada. Ku mojej boleści - wymagają podcięcia o jakieś 4-5 cm. Kiedy wrócę po podcięciu, pochwalę się jakimś zdjęciem.
Tym razem włosy mają aż 99 centymetrów długości, czyli o 2 więcej niż poprzednio, czyli prawie osiągnęłam docelową długość.
Są niestety postrzępione i nierówne - winię niekompetentną fryzjerkę - i krzywo obcięte - na coś na kształt... U? Chyba? To wyglądające tragicznie "przerzedzenie" to wina "rozcapierzenia" moich włosów na dole, żeby wyglądały na objętościowo więcej - wina mojej Mamy, która robiła zdjęcia, a ja z tyłu się nie widzę. Faktem pozostaje, że widać po dwa kosmyki po bokach, które są krótsze od reszty: to tak zwana "grzywka", czyli pozostałość sprzed wieków, która nadal dorasta do reszty i trochę mocniej się przerzedza niż reszta włosów.
Uwaga, teraz narzekam, można pominąć:
Przyznam, że ostatnio mam... kryzys. Nie sądziłam, że mi się to przytrafi, niestety - przytrafiło się.
Włosy mi się podobają ostatnio średnio, a moje wysiłki, by polepszyć ich humor, spełzają na niczym. Moje pewne, sprawdzone produkty nie działają, włosy są nadal zbyt twarde, nieco za suche, podatne na zniszczenia i strzępią się. Nie słuchają ani oleju, ani sprawdzonych dopieszczaczy, nawet serum Gliss Kura nie daje już tego doraźnego efektu wyglądania wow; wydaje mi się, że jest za słabe i moje włosy potrzebują więcej silikonów, żeby się nie niszczyć. Irytuje mnie szkoła: strzępiący się, wiecznie napuszony, z powyciąganymi włosami warkocz, niepomagające upięcia. Irytują mnie czapki, szaliki, kurtki, wszystko to, co wpływa tak okropnie na stan moich końcówek i mojej wrażliwej wierzchniej warstwy - widać zresztą tę ogromną różnicę między tym miesiącem a poprzednim, jeszcze cieplejszym. Kryzys.
Macie jakieś rady, jak sobie radzić z włosami w okresie późnojesiennym-zimowym? Jak bardziej je dopieścić? Może polecacie jakiś olej?
Koniec narzekania, przechodzę do konkretów.
Nadal stosuję metodę OMO, to znaczy kiedy mam czas. Czasami pierwszym O zostaje sama odżywka, najczęściej Natury Siberiki "Objętość i pielęgnacja" z sosną. Solo działa bez fajerwerków, za to z olejem lub jako pierwsze O o wiele lepiej, rzeczywiście włosy wydają się mieć trochę więcej objętości po niej. Oleju używałam tylko kokosowego. Porzuciłam Radical w M; używam najczęściej mydła cedrowego Banii Agafii, rzadziej Head&Shoulders dla głębszego oczyszczenia lub jako bazę dla cukrowego peelingu. Brakuje mi szamponu pośredniego - mocniejszego od cedrowego mydła, ale słabszego od Head&Shoulders. Macie swoich niezawodnych faworytów? Ja chyba wypróbuję polecaną przez Dorotę (klik) Evę Naturę - Czarną rzepę; zastanawiam się też nad Yves Rocher Volume i nie wiem, co najpierw
Do drugiego O wpadały na zmianę maska momentalna Banii Agafii z żeńszeniem, balsam cedrowy, rzadziej balsam Natury Siberiki.
Nadal nie rozczesuję włosów na mokro i całkiem się do tego przyzwyczaiłam. Do spania związuję włosy w luźny warkocz.
Do zabezpieczania końcówek używam tylko Gliss Kur Ultimate Color i mój zachwyt znacząco zmalał. Wydaje mi się za słaby.
Podcięłam wierzchnią warstwę włosów - niestety, kolejny raz będę musiała zrobić to szybciej - znowu wina szkoły i zniszczeń mechanicznych. Na podcięcie końcówek wybieram się za dwa dni, dam znać.
Moją główną fryzurą nadal jest warkocz: holender albo francuz, na zmianę.
A moje włosy, chociaż chwilowo mają kryzys, stanęły na wysokości zadania i na zdjęciach wyglądają dobrze:
Zdjęcia oczywiście jogowe, na dalszy ciąg wyzwania instagramowego. U góry wariacja na temat pozycji bogini, na dole odwrócony wojownik.
A jak tam u Was?
- listopada 04, 2014
- 16 komentarzy
Tak obchodzę Wszystkich Świętych! Zdjęcie zrobione na instagramowe wyzwanie #IAmAYogi (jestem joginką/joginem) na skraju lasu u mojej Babci. Pozwólcie, że nadmienię, że pod spodniami mam jeszcze rajstopy, tak było ciepło. Ach, listopad!
Żeby nie było - fryzura jest, to warkocz francuski. Co z tego, że nie widać :)
Z powodu wyjazdu trochę obsunie mi się włosowa aktualizacja październikowa - metr krawiecki okazał się okropnym, rozciągliwym stworzeniem i nie chce współpracować, muszę zatem poczekać, aż wrócę do domu, żeby zmierzyć długość włosów. Za to już dziś wcieram Jantar!
A Wy? Już pozamarzałyście? ;)
- listopada 01, 2014
- 2 komentarzy
































